Nazwa nieco trudna do wymówienia, jednak widoki, czyste powietrze i ptasie trele rekompensują tę małą niedogodność. Trafiliśmy tu, bo jakimś cudem w pierwszej chwili pomyliły nam się Lidzbarki i to o kilka dobrych kilometrów. Jak się okazało powstały w 1990 roku Górznieńsko-Lidzbarski Park Krajobrazowy, który leży na styku trzech województw: warmińsko-mazurskiego, kujawsko-pomorskiego oraz mazowieckiego i w całości należy do tzw. Zielonych Płuc Polski, wziął swą nazwę od miast Górzno i Lidzbark Welski. Nie Warmiński, czyli nici z kabaretów. Nie zrażeni tym faktem postanowiliśmy urządzić sobie kilka pieszych wycieczek wśród drzew i 37 jezior.

Jak się okazało po powyższych terenach przetoczył się kiedyś lądolód skandynawski. Jak na porządny lądolód przystało, zrył podłoże, naniósł mnóstwo nanosów, narobił dziur, w których teraz stoi woda. Spisał się i dzięki temu, a także dzięki zrządzeniu losu w postaci niewielkiej ingerencji człowieka, możemy cieszyć się tu przyrodą w prawie nie naruszonym stanie i widokami zapierającymi dech. Dla nas bomba. Idealne miejsce do uprawiania aktywnej turystyki. Baza noclegowa świetnie rozwinięta, od pensjonatów, przez pokoje, po gospodarstwa agroturystyczne. Można także wynająć dom. Szlaki turystyczne są ciekawe i ładnie utrzymane. Dla amatorów pieszych wycieczek lub backpackingu przewidziano tylko trzy, ale za to urozmaicone i długie od 44 do 98 km. Szlaki rowerowe podzielone są w zależności od województwa, łącznie do przejechania jest ok. 176 km. Fani nordic walkingu mogą skorzystać z czterech ścieżek-pętli o różnym poziomie trudności. Do wyboru do koloru.

My tradycyjnie wybraliśmy backpacking, czyli wędrówkę z plecakiem. Zaczęliśmy od początków. Udaliśmy się do grodziska Bocieniec, czyli Górzna sprzed wieków, oraz położonego na zachodnim brzegu Jeziora Górzno grodziska Dziewicza Góra. Niezwykle malownicze miejsca tonące w zieleni i promieniach słońca, pełne legend m.in. o złotowłosej dziewczynie noszącej wodę w głąb góry oraz zatopionych kościelnych dzwonach. Skoro o tym mowa, warto zobaczyć Kościół Podwyższenia Krzyża Świętego, który był związany z działalnością zakonu bożogrobców, z jego dwuwieżową fasadą i krzyżem miechowskim nad wejściem. Stamtąd niebieski szlak turystyczny wiedzie nas brzegami jezior. Nad jez. Młyńskim zbaczamy nieco z trasy i zaglądamy na ścieżkę dydaktyczną w rezerwacie „Szumny Zdrój”. Paprocie rosną tu łanami, a w tych łanach „poutykane” są drzewa. Niesamowity widok. Co tam jednak paprocie, skoro na kogoś czeka tutaj dąb. To nic, że rośnie od 400 lat i poczeka jeszcze chwilę. Kontynuujemy naszą wędrówkę z plecakiem, docieramy do dawnej leśnej osady Falk, idziemy jeszcze kawałek i stajemy jak wryci. Zgoda. Dąb Rzeczypospolitej pobił moje paprocie.

Po Parku szwendaliśmy się jeszcze dwa dni, odwiedzając różne zakamarki, znajdując kolejne ogromne drzewa, głazy, stare wsie, bobra, żmiję i ślady dzika, chłonąc spokój tego miejsca. Nie ma też tego złego, co by na dobre nie wyszło. Zamiast na noc kabaretową pod okiem biskupa Krasickiego załapaliśmy się na walne zwycięstwo naszych pod Grunwaldem. Akurat był lipiec i dobra pogoda na pieszą wycieczkę.