Najpiękniej jest tam gdzie nie ma ludzi. To prawda, ale jest w tym stwierdzeniu też nieco zachłanności. Nie można mieć gór na własność, do prywatnego użytku. Można jednak wyruszyć w nie poza sezonem. Wówczas zamiast wycieczek z dziećmi spotkamy jedynie niewielkie grupki turystów. Oni nie przeszkadzają, wręcz przeciwnie. Wtapiają się w krajobraz, wydają jego nieodłączną częścią. Witają się z nami gdy ich mijamy, uśmiechają, potem idą dalej. Kiedyś można było ich spotkać w Bieszczadach latem, teraz jest dla nich wtedy zbyt tłoczno. Jako, ze mamy z nimi wiele wspólnego, również ruszamy jesienią. Najlepiej w pod koniec września lub w październiku. Koniecznie tak by nie jechać tam w piątek i nie wracać w niedzielę.

Wita nas mgła, zamknięte drzwi niektórych sklepów i miejsc noclegowych, oraz powracająca po sezonie nostalgia miejscowych. A jednak świeże, wilgotne powietrze ma w sobie coś takiego, co od razu przywodzi na myśl wolność. Przypominają się słowa piosenki KSU “Za mgłą”, a my ruszamy w trasę. Skąd? Tym razem z Ustrzyk Górnych. Szlaki piesze, które stąd prowadzą zostały ostatnio mocno zmienione. Czy turystyka piesza na tym zyska? Na razie jesteśmy sceptyczni. “Schodki” jakoś nam nie pasują do tego miejsca. A jednak idziemy nimi na spotkanie gór, które odwiedzaliśmy już nieraz.

Podejście na Tarnicę jest długie, ale nigdy nie było trudne. Poranna mgła podnosi się leniwie, ograniczając widoczność do kilkunastu metrów. Wszystko czego dotyka, natychmiast wilgotnieje. Zaciągamy kaptury i idziemy żwawym krokiem, od czasu do czasu zamieniając kilka słów. Mija nas dwójka biegaczy. Na przed szczytach Tarnicy zaczyna się powoli przejaśniać. Odpoczywamy więc chwilkę, popijamy herbatę z termosu i wchodzimy na górę. Wciąż jest mgliście, ale na wchodzie zaczyna być coś widać. Doskonale! Nie zatrzymując się ponownie idziemy przez Przełącz Goprowską. Spoglądamy przez chwilę na Bukowe Berdo, ale zamiast na Krzemień ruszamy na Kopę Bukowską. Jest już trochę cieplej, mgła przestaje zasłaniać.

Jeszcze przed Kopą już wiemy, że będzie pięknie, ale dopiero z jej szczytu możemy to potwierdzić. Bieszczady jesienią mają kolor brązowy, fioletowy, rdzawy, zielony, błękitny i szary. I jeszcze kilka innych. Krajobraz przypomina bajkową scenografię. Nieśpiesznie idziemy przez nią na Halicz. Mamy sporo czasu, wynajdujemy więc rzadko używaną ścieżynkę na Wołowy Garb. Wracamy po własnych śladach, potem przechodzimy przez Rozsypaniec w stronę Przełęczy Bukowskiej. Tu z żalem żegnamy się z pięknym widokiem i wkraczamy na drogę. Zanim dojdziemy do Wołosatego, zaczyna robić się ciemno. Nasza piesza wycieczka z plecakami jednak jeszcze się nie kończy. Maszerujemy dzielnie z powrotem do Ustrzyk, zataczając w ten sposób koło, ale zyskując lepsze miejsce do jutrzejszego wyjścia na Rawki.