Trekking po najstarszych, polskich górach. Mikrowyprawa z Krakowa i podziwianie oryginalnych, skalnych form. A gdyby tak wybrać się na weekend w Jurę? Zostawić za sobą miasto, wyrwać się na chwilę z krakowskiego smogu i pooglądać zamki? I tak właśnie zrobiłem. Sobota rano – wsiadam do autobusu podmiejskiego jadącego w stronę Radwanowic. Planuję zacząć spacer w Dolinkach Podkrakowskich z wielkiego sentymentu, jakim je darzę. O dolinkach wiele osób nawet nie wie. Wszyscy kojarzą Ojców i Dolinę Prądnika. Za to mało kto z poza regionu wymieni bez wahania Dolinę Kobylańską, Bolechowicką, Będkowską, Szklarki, Racławki, nie mówiąc już o Mnikowskiej i Dolinie Sanki, które znajdują się na południowy zachód od Ojcowa. A to wszystko piękne i warte odwiedzenia miejsca.

Wysiadam z autobusu w Kobylanach. Zastanawiam się, czy nie odwiedzić najpierw Doliny Kobylańskiej, ale po krótkim namyśle rezygnuję. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, ma dzisiaj do przejścia spory kawał trasy. Dlatego kieruję się od razu do Doliny Będkowskiej. Kawałek asfaltem przez wieś, potem dalej po drodze, ale już nad Będkówką, w otoczeniu skałek, na których nieco później pewnie będzie widać wspinaczy. Jest wcześnie, jeszcze rześko a już ciepło. Z małym obciążeniem idę szybko. Zatrzymuję się na chwilę przy Bramie Będkowskiej, potem idę dalej Szlakiem Warowni Jurajskich, który poprowadzi mnie najpierw do Ojcowa, a potem jeszcze dalej.

Mijam dwoje staruszków, z naprzeciwka przejeżdża rowerzysta. Doskonałe miejsce i na rower, i na spacer. Po wyjściu z doliny szlak biegnie przez łąki. Przechodzę obok Jaskini Nietoperzowej, którą odwiedzałem ze dwa razy i która – choć piękna – już mnie raczej nie zaskoczy (podobnie jak Jaskinia Łokietka, którą także mijam). Przechodzę przez Bramę Krakowską, po raz kolejny zachwycając się sterczącymi stromo wapiennymi skałami. Dobrze, że jest jeszcze wcześnie, dzięki temu unikam największych tłumów, choć i tak sporo ludzi chodzi po Ojcowie. Mijam kaplicę na wodzie, zaglądam na dziedziniec zamku, ale na krótko. Generalnie jestem nastawiony na ruch, a nie zwiedzanie, zwłaszcza, że tu wszędzie już byłem. Za to ojcowskiego pstrąga mógłbym jeść co tydzień, stąd wybór obiadu jest zupełnie prosty. Początkowo zastanawiałem się, czy zdołam przejść w jeden dzień aż do Olkusza, ale zrezygnowałem. W Ojcowie mam zamówiony pokój gościnny. “Na bogato”, jak to stwierdził jeden z kumpli, bo przecież mogłem wziąć namiot. Ale wcale nie żałuję. Obozować lubię w grupie, samodzielnie nie ma dla mnie takiej frajdy. Poza tym zostawiam rzeczy i na lekko szwendam się jeszcze do wieczora po okolicy.

Rano drugiego dnia przechodzę wychodzę z Ojcowa. Czerwony szlak skręca w prawo, pod górę, ale idę wzdłuż jezdni w stronę Maczugi Herkulesa, którą najlepiej fotografować z parkingu po drugiej stronie ulicy (niestety ruchliwej i głośniej). Potem wdrapuję się na Pieskową Skałę i jestem przy kolejnym (po zamku ojcowskim) z osławionych Orlich Gniazd – ciągu warowni, które niegdyś strzegły granic. I tym razem zaglądam z ciekawości na ekspozycję, której nie widziałem wcześniej. Przekrojowe pokazanie sztuki różnych epok jest ciekawe, choć najbardziej i tak podobają mi się renesansowe gobeliny. Potem schodzę na dół i łapię busa w kierunku Olkusza. Mógłbym przejść przez Sułoszową, ale to długi i dość nudny odcinek. Nie ma zamków, nie ma skał…

W Olkuszu chętnie odwiedziłbym muzeum PTTK – ale jak zwykle jestem tu w weekend, a muzeum jest czynne od poniedziałku do piątku. Zatem po przejściu przez ryneczek i odwiedzeniu Bazyliki św. Andrzeja wychodzę w stronę zamku Rabsztyn, żeby odhaczyć trzecią warownię jurajską. Malownicze ruiny są obecnie w procesie odbudowy – odnowiono już bramę i most nad niegdysiejszą fosą. Z Rabsztyna wspinam się na Januszkową Górę, która choć niezbyt wysoka (445m) oferuje piękny widok, między innymi na wspomniany zamek. Siedzę, oddycham czystym powietrzem. Niedługo zejdę na dół i znajdę jakiś transport do Krakowa. Ale jeszcze jakiś czas po prostu rozkoszuję się Jurą.