Dźwięk nadmorskiej ciszy, czyli szum morza, szum drzew, krzyki mew, jest naprawdę kojący. Od razu przenosi człowieka w inny świat, zwłaszcza jeśli ten człowiek mieszka w wielkim mieście. Świetnym miejscem na ucieczkę w nadmorską ciszę jest Słowiński Park Narodowy. Ta zadziwiająca kraina obejmuje Mierzeję Łebską i Nizinę Gardeńsko-Łebską, rozciąga się wokół jezior Łebsko, Gardno, Dołgie Wielkie i Dołgie Małe, wspina się na Rowokół – świętą górę Słowińców. Wystarczą tu 2 dni, kilka pieszych wycieczek i człowiek czuje się jak nowo narodzony. SPN to dobre miejsce do uprawiania aktywnej turystyki i wędrówek z plecakiem. Jest tu w jakiś nieopisany sposób specyficznie dziko i zadziwiająco. Spróbujcie.

Park oferuje 140 km tras turystycznych. Trzy najdłuższe szlaki turystyczne zaczynają się w Łebie i prowadzą wokół największych atrakcji. W Parku obowiązuje bezwzględny zakaz poruszania się pojazdami kołowymi. Wyjątkiem są rowery i co ciekawe, można poruszać się nimi po szlakach dla piechurów. Osobne szlaki rowerowe znajdują się w otulinie Parku. Najciekawszy jest szlak „Zwinięte tory” prowadzący po starych nasypach kolejowych z miejscowości Rowy do Ustki. Miłośnicy żagli i machania wiosłem w kajaku mają do dyspozycji wydzielone obszary na jeziorach Łebsko i Gardno oraz na kilku odcinkach rzek. Park nie posiada własnej bazy noclegowej, ale za to w otulinie do wyboru do koloru, na każdą kieszeń. Po Parku można także poruszać się konno, ale również po wyznaczonych obszarach, i dodatkowo trzeba posiadać listy żelazne od pana dyrektora.

Skoro o tym mowa. Podczas pieszej wycieczki do Muzeum Wsi Słowińskiej w Klukach pierwszy raz w życiu widzieliśmy konia w butach. Naprawdę. Drewniane końskie chodaki nazywają się klumpy i pomagają poruszać się po bagnistych terenach. Oprócz tego załapaliśmy się na Czarne Wesele, czyli coroczny obrzęd kopania torfu. To się nazywa aktywna turystyka! A po pracy biesiada wśród chat krytych strzechą, płotów obwieszanych sieciami i glinianymi garnkami, i co najważniejsze miejscowe specjały w dużych ilościach. Po odśpiewaniu ostatniej pieśni zarzuciliśmy plecaki i wróciliśmy na żółty szlak turystyczny – kierunek Smołdzino, mostek przez Łupawę, by pokłonić się świętej górze. 115 m plus wieża widokowa plus zapierające dech krajobrazy plus… no właśnie owo nie dające się opisać uczucie dzikości i tchnienia wieków na karku.

Następnego dnia wybraliśmy się trasą turystyczną oznaczoną na czerwono, by zobaczyć u wschodniego krańca Mierzei Łebskiej przyrodniczy ewenement – ruchome wydmy. Będąc jeszcze w lesie, usłyszeliśmy ów kojący dźwięk ciszy. A po chwili zobaczyliśmy ogrom szumiącego Bałtyku. Jak zawsze zaskoczyła nas ilość piachu, ale takiej pustyni się nie spodziewaliśmy. I takich gór, po 30, 40 metrów. Postanowiliśmy sprawdzić, czy naprawdę się ruszają. Znaleźliśmy kilka patyków, ponacinaliśmy je i powbijaliśmy w strategicznych miejscach. Potem nastąpiło czekanie, ale nic się nie działo. Wydmy nie ruszyły z kopyta. Postanowiliśmy dać im nieco przestrzeni i wrócić następnego dnia. I co się okazało? Patyki nie tylko przetrwały, mimo czających się na nie dnia poprzedniego dzieci, ale również trochę je zasypało. Czyli jednak wydmy się ruszają. Są chyba tylko trochę nieśmiałe.