Trekking w Finlandii przez mało zaludniony teren. Dlaczego wybraliśmy Lemmenjoki? Po części już się to chyba wyjaśniło. Bo daleko i za kołem, bo Laponia i św. Mikołaj, bo mało ludzi i dużo ciszy, bo jesteśmy włóczykijami, uwielbiającymi backpacking, czyli tę formę aktywnej turystyki, gdzie taszczy się cały niezbędny dobytek w plecaku. Co w nim też już wiadomo. Niektórzy polecają wziąć kije trekkingowe. My nie braliśmy, mało to patyków w tajdze.

Zatem na początek wybieramy szlak turystyczny i od razu bomba. Na drodze spotykamy 3 przyjaźnie nastawione renifery, które dają się nawet pogłaskać. W przewodniku napisano, że ta trasa turystyczna jest jedną z częściej odwiedzanych, więc myślimy sobie będzie łatwo. Nie było. Zrobiliśmy ok. 7 km w linii prostej, ale pagórkami, dolinkami, po kamieniach, leśnych ścieżkach, przez strumyczki i padliśmy na polu namiotowym.

Następnego ranka z bojową myślą: „Kto, jak nie my!” zjedliśmy śniadanie i poszliśmy się umyć. Wracając do żartu etymologicznego „ciepłe wody”. Rzeka i każda woda jest tu lodowata. Jak już ktoś w nią wejdzie, wpadnie lub zostanie zepchnięty ze śliskich gałęzi udających mostek przez fińskie niewidzialne małe trole, to należy sobie przez chwilę pokrzyczeć, poskakać i cieszyć się darmową krioterapią. Wniosek: zapasowe buty się przydają. Skoro o tym mowa. Takie udogodnienia podczas pieszej wyprawy jak kładka z dwóch desek, czarnych, śliskich, ale mocnych biegnąca przez środek grząskiego torfowiska to tylko na znakowanym szlaku turystycznym. Poza nim pozostaje loteria „po kostki czy po kolana” oraz wykręcanie skarpetek. Oczywiście suchą stopą też da się przejść przez teren parku. Urzekły nas zwłaszcza takie naturalne wały ziemne, które wyglądają jak stare torowiska oraz ciągnące się łachy piasku ze śladami reniferów. Przy okazji ciekawą atrakcją turystyczną i „formą” aktywnej turystyki jest czołganie się pod płotem przeciw reniferowym.

Grunt to nie stracić dobrego humoru. Wędrówka z plecakiem przez Lemmenjoki jest trudna. Przyroda wokół czasem jest przygnębiająca i męcząca – nagie szare skały, karłowate drzewka, suche trawy, mgła, mżawki, ciągnące się podmokłe tereny. Ale potem dzień się kończy, rozbijasz namiot, jesz ciepły posiłek, a niebo wynagradza Ci każdy krok. Zorza polarna. Tego się nie da opisać.

Mimo wielkich chęci nie trafiliśmy podczas naszej pieszej wyprawy na Mikołaja, ale za to spotkaliśmy poszukiwacza złota. Prawdziwego jak się okazało, bo w Lemmenjoki za zgodą władz można szukać tego cennego kruszcu. Poszukiwacz był bardzo miły, brodaty i w czerwonej kurtce. Podwiózł nas kawałek i całą drogę gadał, bez przerwy. Biorąc pod uwagę zaludnienie tych terenów, musiało mu tego brakować. Bo ileż można gadać do krzaków albo tych gałganków lemingów. Właśnie lemingi, 10-centymetrowe gryzonie, które przez dwie noce przypuszczały szturm na plecaki, próbując dostać się do naszego jedzenia. 2:0 dla nas. Idziemy dalej…

Po 5 dniach żegnamy rosochate, trzeszczące lasy, podmokłe równiny, małe gałganki, przemoczone buty. Nasza wędrówka z plecakiem kończy się w małej drewnianej chacie z sauną, która stoi sobie tuż przy granicy parku. Gorąca para zmywa z nas trudy wyprawy, łagodzi ukąszenia, regeneruje ciało i umysł. Było fantastycznie, było ciężko. Mam nadzieję, że kiedyś tu wrócimy. Kto, jak nie my.

Pierwsza wędrówka