Wyjazd w Alpy nie oznacza od razu, że trzeba ze sobą taszczyć zwoje lin, brzęczące komplety kości, karabinków, czekany, raki i całą resztę. Aktywna turystyka nie oznacza, że musimy wdrapywać się na zaśnieżony szczyt, bo jesteśmy w górach. My choć lubimy, potrafimy, tym razem poprzestaliśmy na pieszych wycieczkach typu spacer i wędrówkach z plecakiem. Znaleźliśmy mały domek letniskowy na zielonej hali w otulinie Parku Narodowego Wysokie Taury. Codziennie rano z kubkiem kawy w ręku planowaliśmy kolejne wyjście, patrząc na ośnieżone szczyty austriackich trzytysięczników i baraszkujące świstaki.

Park Narodowy Wysokie Taury to najstarszy i największy park w Austrii oraz największy teren chroniony w Alpach. Jest niezwykle popularny wśród turystów z całej Europy. Jego najbardziej „zatłoczone” atrakcje i oblegane szlaki turystyczne to cała trasa na Grossglockner i lodowiec Pasterze oraz na Grossvenediger, wodospady Krimml, drogi do zapór Wasserfall i Moserboden. Nie należy się jednak tym zrażać. Nie jest aż tak tłoczno jak przy fontannie Di Trevi. A owe cudy natury naprawdę warto zobaczyć. Tym bardziej, że jeden z nich – lodowiec Pasterze, z roku na rok robi się coraz mniejszy. W Parku można skorzystać także z pomocy przeszkolonego strażnika i wybrać jeden z wielu szlaków tematycznych, np. pierwszą ścieżkę edukacyjną poświęconą wodzie lub przepiękną trasę turystyczną Innergschlöß. Tam z pewnością traficie na świstaki.

My choć zdecydowanie wolimy szlaki turystyczne piesze, nie mogliśmy sobie odmówić przejazdu Grossglockner Hochalpenstrasse, czyli jedną z najpiękniejszych dróg w Europie. Spełniliśmy swoje marzenie. Widoki jak marzenie, zapierające dech w piersiach i to nie tylko z powodu piękna, malowniczości, majestatu, ale i stromizn, ostrych zakrętów, jazdy na krawędzi, nad przepaściami etc. Krótko mówiąc, polecamy sprawdzić hamulce i nie polecamy początkującym kierowcom. Przy dobrej pogodzie, co nie zawsze się udaje, z punktu widokowego na Edelweissspitze można podziwiać ponad 30 ośnieżonych i soczyście zielonych 3-tysięczników, dojrzeć lodowce, wodospady i baraszkujące świstaki.

W Alpach przydaje się samochód. Urokliwe dolinki są często sporo od siebie oddalone. Warto zatem podjechać, urządzić sobie jednodniową wędrówkę z plecakiem po zielonych halach, wzdłuż krystalicznie czystych, szemrzących strumyków, wśród jedynych w swoim rodzaju alpejskich wioseczek, spróbować Kaspressknödel z tyrolskiego szarego sera oraz innych lokalnych specjałów i wrócić. Przy odrobinie szczęścia można trafić na różne festyny folklorystyczne i lokalne wydarzenia kulturalne. Moc niezapomnianych wrażeń.

Będąc w Alpach na każdą pieszą wycieczkę warto zabrać lornetkę. My chodziliśmy ze starą odrapaną lunetą, którą pożyczył nam właściciel domku. Dzięki temu sami staliśmy się małą atrakcją i nawiązaliśmy nowe znajomości. A luneta służyła nam do podziwiania kozic wyczyniających niesamowite rzeczy na skałach i… baraszkujących świstaków. Zaprowadziła nas też na trasę turystyczną Trelebitschsee, do krainy przepięknych jezior i pierwotnych sosnowych lasów, nad którymi krążą orły.