Wolę chodzić po górach sam. W praktyce im więcej osób tym większy bezwład decyzyjny, a ja nie czuję się przywódcą, który powie innym co mają robić. Zwłaszcza kiedy mam ograniczoną ilość czasu i chcę odpocząć.

Wszystkie te myśli opadają ze mnie gdy wreszcie wysiadam z autobusu w Karpaczu. Przestają mnie interesować towarzysze podróży, z którymi jeszcze przed chwilą rozmawiałem. Odchodzę na bok, oddycham znacznie świeższym niż zwykle powietrzem, wyciągam z plecaka kijki i zakładam słuchawki na uszy. Zdejmę je zaraz jak tylko wyjdę na szlak.

Na czarnym szlaku w stronę Szerokiego Mostu czuję jak ogarnia mnie dobry nastrój. Pora roku na zdobywanie Śnieżki jest raczej paskudna. Na dole mam błoto, wyżej widzę śnieg. Na majówkę będą tu dzikie tłumy, teraz są jedynie uparci wędrowcy idący najwyżej 3-4 osobowymi grupkami. Nie ma ich wielu. Z Karpacza na Sowią Przełęcz powinienem wejść w dwie godziny. Idę szybciej, chcę jak najlepiej wykorzystać krótki dzień. Wcale nie jest trudno skracać czas przewidziany na mapie. Wystarczy iść samemu. Mimo, że szlak jest dość śliski, mijam kilka osób, które wystartowały przede mną. Docieram na przełęcz po godzinie i 40 minutach. Martwe drzewa wokół są ponure, ale też w jakiś sposób nierzeczywiste. Robię więc przerwę na kilka zdjęć i kanapki. Zakładam też raki, rękawiczki i czapkę. Niby jeszcze nie jest tak zimno, ale już zaraz powinno być.

Wejście na Śnieżkę po mokrym śniegu jest wymagające nawet dla mnie. Przyjechałem tu jednak właśnie po te 440 metrów podejścia. Na mapie to półtorej godziny cały czas pod górę. W rzeczywistości – dokładnie tak samo. Pierwotnie założyłem, że to podejście może mi zająć więcej czasu, ale warunki były lepsze niż mogły być. Nie padało, a to już bardzo dużo. Doskonały był również widok. Niemal dokładnie 3,5 godziny po wyjściu na szlak zdobywam Śnieżkę. Niby tylko 1600 metrów, ale ze szczytu wygląda jakby było się na najwyższej górze w Polsce. Schodzę więc do Domu Śląskiego rozgrzać się, i zjeść obiad. Jest stromo, jest ślisko, niektórzy zsuwają się, chwilowo psując szlak. Jedząc, szybko robię rachubę czasu. Od wyjścia na szlak minęło ponad 4 godziny. Do Samotni zdążę spokojnie, a nawet trasa będzie ciut za krótka. Mogę jednak zrobić nieco obejścia.

Po wyjściu ze schroniska kieruję się granią w kierunku spalonej strażnicy. Prawie płaski odcinek przebywam bardzo szybko. Śnieg jest solidnie udeptany, z kijami idzie się pewnie. Pierwszy dłuższy postój robię dopiero na Słoneczniku. Gdyby nie znak, trudno byłoby powiedzieć, że to szczyt. W Karpaczu byłem dość późno i dzień zaczyna mi się kończyć. Najbliżej mam do Odrodzenia. To bardzo fajne schronisko, pamiętam, że kiedyś miało nawet saunę. Chciałem jednak spać w Samotni, gdzie nigdy wcześniej nie byłem.

Oddycham głęboko, podziwiam przez chwilę krajobraz i ruszam w dół, żółtym szlakiem. Idę szybko, ale w okolicy Polany dosięga mnie zmrok. Nic to. Wyciągam czołówkę, zapalam i już po chwili trafiam na 4 osobową grupę brnącą bez żadnego oświetlenia. Wyglądają na studentów, ale jakoś nie mają tak zadowolonych min jak powinni. Tknięty jakimś przeczuciem pytam czy mają latarki. Przyznają, że tylko te w telefonach. Rezygnuję więc z wyprzedzenia ich. Ustawiam tylko mocniejsze światło i prowadzę w stronę schroniska. Czuję się głupio oświetlając drogę czterem dorosłym osobom, które powinny o to same zadbać. Szczególnie zimą.

Mam ochotę wejść w mentorski ton, ale przypominam sobie, że kilka lat temu też mógłbym zrobić coś podobnego. Pożyczam więc swoje kijki dziewczynie, która najbardziej się ślizga i powoli prowadzę ich pod górę. Rewanżują się stawiając mi kolację. Miło z ich strony.