Cztery osoby z plecakami, spontaniczne pragnienie wyrwania się w góry i brak funduszy na daleką wyprawę. Tak się zaczyna nasza wycieczka w Góry Sowie. Są blisko, można do nich w miarę łatwo dojechać i wydają się oferować dość atrakcji na kilka dni.

Jest szaro, pochmurno, przelotnie pada. Jak mawiał bohater trylogii Sienkiewicza „Nic To!”. Jak pogoda brzydka to i ludzi będzie mniej. Dojeżdżamy więc do Głuszycy w dobrych humorach. Mamy też inne plany, oprócz górskich. W pobliżu są jaskinie, podziemia, bunkry i kopalnie. Zrobiliśmy rezerwację na „ekstremalne” zwiedzanie hitlerowskich podziemi w Osówce. Tylko, że jesteśmy za wcześnie. Za to na mapie kuszą punkty o zabawnych nazwach. Walim więc na Walim, przez Mosznę Włodarza. Pierwsza nazwa oznacza małą miejscowość, druga i trzecia to górki możliwe do zdobycia niebieskim szlakiem. Nic w nich nadzwyczajnego, trudno nawet dokładnie określić gdzie jest szczyt. Do samego Walimia nie wchodzimy, zawracamy czerwonym szlakiem do Osówki. Miała tu być kwatera dowodzenia III Rzeszy. Rękami jeńców wojennych i przymusowych robotników, hitlerowcy zaczęli drążyć tunele. Mnóstwo ludzi zginęło tu, a sam kompleks właściwie nigdy nie został wykorzystany. W innej sytuacji przeciskanie się przez podziemia, chodzenie po kładkach i płynięcie łódką w zatopionym tunelu cieszyło by nas. Tu jednak powoduje, że ciarki przechodzą po plecach. Tyle ludzkiej pracy i cierpienia na nic. Miejsce zdaje się być stworzone jako scenografia horroru i choćby dlatego warto je zwiedzić, ale tak naprawdę odetchnęliśmy dopiero po wyjściu. Właściwie nic między sobą nie ustalając skierowaliśmy się z powrotem do Walimia.

By trafić na najciekawszy, żółty szlak na Wielką Sowę trzeba wejść do miejscowości i skręcić w prawo. Sam szlak to 400 metrów podejścia do Małej Sowy – niby prosty, ale męczący. Zwłaszcza, że pogoda nie miała zamiaru rozwiać czarnych myśli wyniesionych z Osówki. Ostatni, już bardzie płaski kawałek wydawał się najbardziej ponury. Rabunkowa, a potem zwyczajnie głupia gospodarka spowodowała, że między Małą, a Wielką Sową straszą szkielety drzew. Nad nimi tymczasem wisiały nisko czarne, burzowe chmury. Nie padało, tylko cały czas zapowiadało ulewę, a my szliśmy gęsiego z zaciągniętymi kapturami. Jak zjawy. Lunęło gdy wspięliśmy się na wieżę widokową. Po prostu niebo wylało na nas kubeł wody i zupełnie oczyściło tym atmosferę. Była już zresztą dość późna godzina, a my żwawo potruchtaliśmy do schroniska. Sowa przywitała nas ciepło, sucho i przede wszystkim smacznie.

Wstajemy wcześnie. Pogoda jest znacznie lepsza niż wczoraj, ale od znajomych wiemy, żeby do słońca w Górach Sowich się nie przyzwyczajać. O siódmej trzydzieści jesteśmy już na szlaku. Maszerujemy przez Kozie Siodło i pierwszy postój robimy na Niedźwiedziej Skale. Długi na tyle by wrzucić kurtki do plecaków i zrobić kilka zdjęć. Przed nami jeszcze długa droga. Przełęcz Jugowską mijamy obojętnie. Ciekawie zaczyna się robić dopiero za nią. Czerwony szlak w kierunku Przełęczy Woliborskiej jest znacznie mniej „zadeptany” niż same podejścia na Sowy, choć wciąż w miarę popularny. Kolejno zdobywamy Rymarza, Słoneczną, Kalenicę i Żmija. Za Bielawską Polaną robi się pusto i cicho. Czasami słyszymy jedynie ptaki. Trasa jest trochę błotnista, ale nie tak by szczególnie nas zatrzymywać. Na przełęczy spotykamy grupkę podobną jak nasza. Zaparkowali samochód i idą w przeciwną stronę. W kierunku Srebrnej idziemy tylko my. Za Szeroką spotykamy lisa, ale rudzielec ucieka, zanim ktokolwiek zdąży podnieść aparat do oka. Uwieczniony i to niewyraźnie, zostaje tylko ubłocony ogon. Gdy docieramy na Gąsiorek jesteśmy już solidnie zmęczeni. Tak miało być. Wyprawa piesza, która nie męczy, się nie liczy. Przed nami dziś już tylko maleńki kawałek utwardzoną drogą, wzdłuż której ciągną się umocnienia. Żeby dojść do schroniska Peteteku trzeba wszystkie te forty obejść. Na miejscu jest skromie i raczej pustawo, ale sympatycznie spędzamy tu wieczór.

Ten dzień przywitał nas ulewą. I dosłowną i taką mentalną. Okazało się, że fort można po prawdzie zwiedzać, ale dopiero od 10 rano. Robimy zakupy i ruszamy. Praktycznie do Przełęczy Woliborskiej musimy iść tym samym szlakiem, który zwiedziliśmy już wczoraj. Niby jest jeszcze niebieski, ale faktycznie najpierw oba szlaki idą razem, a potem najwyżej obchodzą jakiś pagórek z dwóch różnych stron. Na szczęście za przełęczą rozdzielają się już na dobre. Decydujemy się zrobić obejście właśnie niebieskim szlakiem. Na mapie wygląda on dosyć prosto. Okazuje się jednak, że nie doceniliśmy przeciwnika. Gdzieś za Żołędną zagadujemy się i gubimy szlak. Niezrażenie drepczemy ledwie widoczną ścieżyną mając nadzieję, ze gdzieś nas doprowadzi. Prowadzi dalej w las, ale w końcu doprowadza nas do drogi, a więc i szlaku. Docieramy nią do przełęczy “Trzy Buki”. Już jedna Buka była straszna, a co dopiero trzy. Nazwa oczywiście wzięła się od drzew, nie zaś samotnego stwora z Doliny Muminków, ale zostaje zapisana na listę, którą chlubnie rozpoczął Walim. Teraz bardziej pilnujemy drogi. Szlak prowadzi nas na miejsce pamięci, jak gdyby w tych górach można było zapomnieć ich mroczną historię. Znów myśląc o tamtych czasach docieramy do schroniska Zygmuntówka. Tu jest radośniej, ale też tłoczno. Ostatecznie zachodzimy wysuszyć się i odpocząć do Bukowej Chaty.

W dniu następnym nasz spontaniczny raczej wyjazd, przerywa atak rzeczywistości. Dwoje z nas ma bardzo dobry powód, żeby wrócić. Nie przeszliśmy wszystkiego co zamierzaliśmy, ale są rzeczy ważne i ważniejsze. Żegnamy się z Górami Sowimi i schodzimy do Ludwikowic. Być może jeszcze wrócimy w ten masyw o mrocznej przeszłości. Gdy będzie ładniejsza pogoda, a my będziemy mieć więcej czasu.