Nigdy, pod żadnym pozorem nie zbaczaj ze szlaku pieszego zimą. A już na pewno nie w Bieszczadach. No chyba, że chcesz brnąć w śniegu po pachy z zawrotną prędkością 1 kilometra na godzinę i ostatecznie wzywać GOPR do pomocy. Niby Bieszczady to nie Himalaje, ale zimą potrafią dać nieźle w kość nawet doświadczonym piechurom. Dlatego właśnie warto iść w nie nawet w grudniu, gdy śnieg potrafi padać z każdej strony. Także z dołu.

Zakrawa to na żart, ale bynajmniej nie było nim w drugiej połowie grudnia na Połoninie Caryńskiej. Każdy kto na niej był latem, wie, że jest ona całkiem odsłonięta. No, chyba, że mgła jest tak gęsta, że w ogóle jej nie widać, co potrafi się zdarzyć jesienią. Zimą natomiast boczny wiatr podrywa świeży śnieg ze zbocza i pcha jego tumany wprost na niebacznego podróżnika, który ośmielił się zakłócić sen zimowy Biesów. Bywało i tak, że nie widzieliśmy totalnie nic, a atakujący z nietypowych stron śnieg utrudniał orientację. Parliśmy do przodu od czasu do czasu wydając małpie okrzyki, przekrzykując zamieć i upewniając się w ten sposób czy wszyscy wciąż są na miejscu. Nikogo na szczęście nie zwiało z połoniny, ale gdy wiatr wzmagał się, bywało trudno. Z Chatki Puchatka do schroniska Kremenaros w Ustrzykach turlaliśmy się ponad 7 godzin, a dalej nie poszliśmy bo skończył nam się dzień. Sił też już brakowało.

Wieczorem, jak zwykle gdy jest już ciepło i przytulnie, a przynajmniej na tyle znośnie na ile może być, rodzą się ambitne pomysły. Postanowiliśmy, że następnego dnia zdobywamy Tarnicę. Nie ma przeproś, trzeba iść. Przecież gorzej niż na połoninie nie będzie. Przez pierwsze dwie godziny zdawało się, że mieliśmy rację. Maszerowaliśmy gęsiego po trochę udeptanym śniegu próbując trzymać się czasu „mapowego”, który latem oznacza nieśpieszny spacer. W grudniu takie tempo jest trudne do utrzymania, a kiedy robi się ślisko – prawie niemożliwe. Prawie, bo zawsze znajdzie się bohater truchtający pod górę i zbiegający z niej w rekordowym czasie. Kiedy weszliśmy na Szeroki Wierch, zrobiło się zimno. Znów wiało, ale tym razem sypało śniegiem trochę mniej. Za to na samej Tarnicy chłód był przeszywający, a widok najlepszy na świecie. Zeszliśmy przez Wołosate słusznie przewidując, że zanim dojdziemy do schroniska dopadnie nas zmrok.

Na trzeci dzień mieliśmy zaplanowane Rawki. Nauczeni doświadczeniem przygotowaliśmy kijki i raki. Podejście na Wielką Rawkę od strony Ustrzyk nie było jednak tak trudne jak się spodziewaliśmy. Większość trasy była osłonięta lasem i dopiero bliżej szczytu zaczęło mocno wiać. Uznaliśmy, że damy radę „zaliczyć: jeszcze Krzemieniec. To szlak był znacznie mniej wydeptany, znów zaczęło też padać. Brnęliśmy dzielnie, ale stosunkowo powoli, a na szczycie prawie nic nie było widać. Znów musieliśmy wyglądać jak okutane, skulone zjawy idące gęsiego w zamieci. Potem okazało się, że najlepsze dopiero przed nami. Zejście z Małej Rawki zawsze jest śliskie, a teraz w dodatku słońce schowało nam się za Rawkami. Świeży śnieg sprawiał, że ślizgaliśmy się nawet na rakach, po prostu zabierając ze sobą jego wierzchnią warstwę. Wtedy narodził się pomysł by iść obok szlaku, ale Biesy szybko skorygowały nasz brak dyscypliny. Po pierwszej osobie, która zapadła się do wysokości klatki piersiowej, uznaliśmy, że jednak wolimy się ślizgać. Taki trekking w Bieszczadach to ja rozumiem. Dostaliśmy w kość, ale się udało.